Moja mama zawsze mi mówiła, że kiedyś zginę zasypana lawiną torebek. Ja się odgryzałam, że ona swoim torebkom ślubuje wierność "dopóki śmierć nas nie rozłączy". No i tak sobie przygadywałyśmy nawzajem słodko. Ale to było przed laty. Obecnie mama podryfowała jednak w stronę torebkowej poligamii, ja natomiast kupuję ich coraz mniej. Nie, żebym straciła nimi zainteresowanie. Jako osoba nie mieszkająca na stałe w jednym miejscu muszę w miarę możliwości ograniczać ilość posiadanego dobytku. Dlatego kiedy idę na zakupy, staram się odwieść sama siebie od nabywania zbyt wielkiej ilości dobra, bo przeraża mnie wizja konieczności zwiezienia tego wszystkiego na powrót do kraju.
Nie oznacza to oczywiście, że się powstrzymuję i kupuję tylko rzeczy praktyczne i potrzebne. Zawsze kiedy przyjeżdżam do Polski bez skrępowania oddaję się szaleństwu zakupów, odwiedzania secand- handów ( w "moim" kraju ich raczej nie ma) i tworzenia różnych rzeczy.
Torebka, którą prezentuję poniżej jest właśnie efektem twórczego szału, który mnie ogarnął tej zimy w Krakowie. Jest zrobiona całkowicie ręcznie (czyli uszyta za pomocą igły i nitki, bo maszyny do szycia jeszcze sobie nie kupiłam), ozdobiona sutaszem, niektóre elementy wymagały zamordowania starego paska. Filc kupiłam w sklepie szewskim. Dzieło podarowałam siostrze, więc nie obciążyło mojego bagażu kiedy wracałam do Baku.